Rok pracy zdalnej – czy było warto? [case study]

Rok pracy zdalnej – czy było warto? [case study]

--- Brak komentarzy

Od zawsze wiedziałam, że chciałabym kiedyś spróbować pracy zdalnej. Cały czas też gdzieś z tyłu miałam przeczucie, że to jest właśnie idealne dla mnie – introwertyka – wyjście. Kiedy podjęłam decyzję, że teraz naprawdę spróbuję, miałam już jedno dziecko, a drugie było w drodze. Ale tę decyzję tak naprawdę podejmowałam na przestrzeni lat – i to dość długich lat.

Dawno, dawno temu…

Pamiętam, jak jeszcze na studiach, czyli grubo ponad 10 lat temu, znalazłam w jakiejś gazecie (takiej zwykłej gazecie, to nawet nie był żaden magazyn, tylko codzienna prasówka) artykuł o telepracy. Bardzo mnie wtedy taka forma pracy zaintrygowała, do tego stopnia, że ten artykuł, choć sama już nie pamiętam, o czym dokładnie był, towarzyszył mi w głowie przez kolejne lata. Głowiłam się wtedy, jak taką pracę w ogóle znaleźć, myślałam, że potrzeba do tego nie lada kwalifikacji, że telepracownicy to tacy specjaliści przez duże „S”. Dla mnie to było wtedy coś niewyobrażalnego (a i sam termin był nowością, bo nie będzie przesadą, że te prawie 15 lat temu mało kto słyszał o pracy zdalnej – nie oszukujmy się). Nie ukrywam też, że jedyne ogłoszenia, jakie udawało mi się wtedy znaleźć, jeśli chodzi o telepracę, to byli właśnie tacy do kwadratu specjaliści: informatycy, IT, jacyś programiści. Czyli… nieosiągalne i abstrakcyjne. Ale zasiało to w mojej głowie ziarno, które potem rosło sobie przez wiele lat.

Praca wirtualnej asystentki

Po tych wielu wielu latach, gdy usłyszałam o zawodzie wirtualnej asystentki, wiedziałam, że jeśli nie spróbuję, będę bardzo żałować. To było coś, o czym przecież przez tak długi czas marzyłam – o pracy, do której nie będę musiała się zrywać o 5 rano, żeby zdążyć na pociąg, o pracy, z której nie będę wracać o 18 czy 19 i nie będę mieć już siły na nic więcej.

To się stało bardzo realistyczne, kiedy uzmysłowiłam sobie, że gdy wrócę na etat po macierzyńskim, to praktycznie nie będę widywać swojego dziecka, które o 19-20 chodziło już spać. Utwierdzały mnie w tym również koleżanki, które wróciły do swoich starych etatów po urlopach macierzyńskich i wychowawczych. No nie, powiedziałam sobie, że ja się na to nie godzę!

Podjęłam decyzję, że zostanę WA, jeszcze wtedy, kiedy na pokładzie w domu była tylko córka, a drugie dziecko było właśnie w drodze. Zanim jeszcze „nastąpiła pandemia” – po tylu latach, gdy miałam w głowie cały czas ten artykuł wycięty z gazety o telepracy. Była to na tyle świadoma decyzja, że wykupiłam kurs na wirtualną asystentkę (jeszcze w dwupaku) i z niecierpliwością czekałam na jego start. Miałam też świadomość tego, że gdy go rozpocznę, będę mieć świeżego noworodka na rękach, który wtedy nie skończy nawet jeszcze dwóch tygodni. Ale w końcu zrobiłam ten pierwszy krok i pamiętam, jak entuzjastycznie byłam do tego wszystkiego nastawiona.

Kurs zaczął się pod koniec października, dałam sobie czas na naukę do końca grudnia, a w styczniu następnego roku miałam ruszyć pełną parą – to była taka moja data startu. Zaczynam! Szczęście chciało, że jeszcze w styczniu, pod sam koniec, znalazłam pierwszego klienta jako wirtualna asystentka. Zaczęłam więc pracować zdalnie zanim stało się to takie modne, bo na pewno rok 2020 był pod tym względem przełomowy. Nie miałam pojęcia, że robię krok (i to milowy) w dobrą stronę, ale traf chciał, że obrałam właśnie ten dobry kierunek.

Powinnam więc chyba opublikować ten wpis pod koniec stycznia, bo to właśnie wtedy minął rok, odkąd pracuję zdalnie: najpierw, przez pierwszą część roku, jako WA, potem – od października 2020 – również jako korektorka i redaktorka tekstów. Swoją drogą październik jest dla mnie chyba przełomowym miesiącem – szczególnie w ostatnich latach.

Czego się nauczyłam przez ten rok, pracując zdalnie?

  • Przede wszystkim tego, żeby być sobą, nie poddawać się i słuchać swojej intuicji. Ta ostatnia jest tutaj ważna nie tylko ze względu na to, w którą stronę chcemy iść, ale również w kwestii doboru odpowiednich ludzi do współpracy – bo nie wszyscy są dla nas, a i my nie dla wszystkich. I warto to sobie uświadomić już na samym początku.
  • Sprawdzać, kto się z tobą kontaktuje w sprawie współpracy – to się ściśle wiąże z poprzednim punktem i tym, żeby posłuchać swojej intuicji, jeśli coś nam nie gra, a przy okazji możemy też udoskonalać swój research, a dobry research jest w cenie w tym zawodzie.
  • Pracować w zgodzie ze sobą i swoimi wartościami i komunikować to od razu, kiedy np. nie chcemy pracować wieczorami i w weekendy. Praca zdalna ma tę zaletę, że faktycznie możemy pracować, kiedy chcemy i gdzie chcemy, z drugiej jednak strony bardzo łatwo wpaść w wir pracy i nie widzieć jej końca – i wtedy wpadamy w pułapkę, którą nieświadomie sami na siebie zastawiliśmy.
  • Poniosłaś porażkę? Coś się nie udało? Wyciągnij z tego wnioski, zmodyfikuj plan i po prostu idź dalej. W pracy freelancera czy na własny rachunek takich porażek, mniejszych czy większych i szczególnie na początku, może być wiele. Ale ważne jest to, co napiszę w kolejnym punkcie, czyli:
  • Bądź cały czas ukierunkowana na swój cel, miej go cały czas w głowie. Dzięki temu wiesz, dokąd chcesz dojść nawet wtedy, gdy jeszcze nie wiesz, którą dokładnie drogą. Idź do przodu i nie oglądaj się za siebie, a w pewnym momencie wejdziesz na tą właściwą ścieżkę i coraz rzadziej będziesz z niej zbaczać.

Czy pracując zdalnie da się zarobić tak jak na etacie?

Oczywiście, że się da. Ponieważ ja cały czas zajmuję się w domu małym dzieckiem, nie zdecydowałam się na zwiększenie swoich godzin pracy, czasem pracuję przez godzinę dziennie, czasem przez 3 godziny, czasem przez 15 minut. U mnie to nie jest praca na pełen etat. Ale nikt Ci nie zabroni brać tyle zleceń, ile jesteś w stanie. Albo ile chcesz zrobić.

Pamiętaj też o tym, że pracując jako wirtualna asystentka, kiedy rozliczasz się z klientami z czasu, który przeznaczasz na pracę, 8 godzin Twojej pracy nie będzie się równać 8 godzinom przeznaczonym dla klientów, za które Ci zapłacą. Bo w międzyczasie robimy rzeczy, których nie wlicza się do raportu dla klienta… Poza tym nikt nie jest w stanie pracować non stop przez 8 godzin i przez tyle czasu być maksymalnie skupionym. Nawet pracując w biurze robisz sobie przerwy. Z pracą w domu jest tak samo, pomijając to, że jest mnóstwo innych dodatkowych rozpraszaczy. Plusem na pewno jest fakt, że gdy skończysz pracę, to masz wolne, nie musisz czekać do 16 i przesiadywać na tzw. dupogodzinach. Minusem jest to, że nikt Ci za te przesiedziane dupogodziny nie zapłaci, w przeciwieństwie do etatu.

Skąd brać zlecenia i klientów?

Tutaj ile ludzi, może być tyle różnych odpowiedzi. Ja zaczynałam od zleceń „za darmo” – w cudzysłowie, ponieważ to nie do końca były zlecenia za darmo, ale za późniejszą rekomendację. Właśnie tak znalazłam pierwszą klientkę – zrobiłam dla niej jakieś małe zadanie, a ona zdecydowała się od razu na płatną współpracę.

Jak to wyglądało czasowo? Postanowiłam, że pełną parą ruszam z wirtualną asystą od nowego roku 2020, pod koniec stycznia podpisałam swoją pierwszą umowę. Bardzo szybko.

Ale nie zawsze tak się dzieje. Musisz się przygotować również na to, że pierwszego klienta znajdziesz dopiero po dwóch, trzech czy czterech miesiącach. Ma na to wpływ oczywiście mnóstwo czynników, niektórymi z nich sama możesz pokierować, ale nie wszystkimi. Najważniejsze jednak to nie poddawać się, tylko mieć w głowie cały czas swój cel i iść w jego kierunku. A sposobów na zdobycie pierwszych klientów jest dużo, wystarczy dobrze poszukać.

Czy było warto?

Bardzo było warto – przynajmniej jeśli chodzi o mnie. Zdaję sobie jednak sprawę z tego, że praca w domu nie jest dla każdego. Prowadzenie własnej firmy też, a trzeba się liczyć z tym, że w pewnym momencie, jeśli chcemy się dalej rozwijać i iść do przodu, trzeba będzie to zrobić. Praca zdalna ma też mnóstwo minusów, których nie widzi się, kiedy się jeszcze nie doświadczyło takiej pracy i które wychodzą na światło dzienne już w jej trakcie. Jest ich tyle, że to jest wręcz temat na oddzielny wpis.

Ale praca zdalna ma też plusy i myślę, że osoby, które się tego podejmują, robią to właśnie ze względu na nie i pomimo wad – bo jednak daje to mnóstwo satysfakcji.

No i nie trzeba wstawać rano do pracy i gnać na pociąg.

Nie stoi też szef nad głową i nie mówi Ci, co masz teraz zrobić (chociaż szefem dla siebie, szczególnie jeśli prowadzisz firmę, jesteś Ty, a czasem nie ma nic gorszego, niż być szefem dla samego siebie – uwierz! No i klienci notabene też są Twoimi szefami…).

Ale na koniec napiszę najważniejsze: jeszcze dwa tygodnie temu, a i dzisiaj, pisząc to, kiedy mróz trzaska jak bat swoimi -20 stopniami, patrzę na bliskich, którzy muszą wstawać rano do pracy i… cieszę się, że ja nie muszę nawet wystawiać nosa za drzwi… To są te małe chwile, momenty, za które być może pokochasz pracę dla siebie, w domu – tak samo jak ja.

Podąrzaj Małgorzata:

Wspieram online małe biznesy w zadaniach, na które zwykle brakuje czasu, chęci lub wystarczającej wiedzy. Od strony technicznej ogarniam WP, newslettery, robię transkrypcje, projektuję grafiki.

Zostaw komentarz